grudnia 31, 2017

grudnia 31, 2017

Lus brands, czyli Love ur Curls


Ciekawość jest rzeczą ludzką, a kupowanie nowych kosmetyków jest typowo w kobiecym stylu i w moim przypadku jest podobnie.

Ostatnio w necie pojawiły się bardzo zachęcające opinie o Lus Brands. Prezentują oni serię szampon, odzywka i leave-in. Ich 
leave-in jest opisywany jako jeden kosmetyk, który zastępuje wszystkie inne. 

No bajka! - pomyślałam. W końcu coś co zastąpiłoby tonę produktów, które standardowo nakładam na włosy i oszczędziłoby mi 
czas.
No i zamówiłam! Aż z Kanady!

Paczka przyszła po niecałym tygodniu. Buteleczka 125 ml. Bardzo estetyczna. Nie mogłam się doczekać pierwszych testów
i z niecierpliwością czekałam na niedzielny washing day.

Zanim przejdę do kluczowej recenzji napiszę nieco o składzie.


Brzmi super! Nie ma tam tego czego nie chcemy w stylizatorze idealnym.

A co jest? a to:

Aqua, Polyquaternium-11, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Polyquaternium-7, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Cetyl Alcohol, 
Polyquaternium-4/ Hydroxypropyl Starch Copolymer, Polyquaternium-37, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Moringa 
Olifeira Seed Oil, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, Perfume.

Zapach jest bardzo ładny. Trochę ciasteczkowy. Jest delikatny i nienarzucający się.

Naoglądałam się filmików na Youtubie z instrukcjami poprawnego nakładania tego produktu, by mieć pewność, że wszystko 
pójdzie dobrze. Lus leave-in. Jest aktywowany poprzez wodę, więc nałożyłam go na posekcjowane, ociekające wodą włosy. 
Dogniotłam je porządnie i upewniłam się, że produkt jest na całości włosów. Producenci polecają nakładanie małej ilości na 
włosy. Dwie, trzy pompki na sekcję. Zostawiłam do wyschnięcia.

Pierwsze wrażenie po nałożeniu było mało ciekawe. Widoczny był puch, który wysycha jako pierwszy i bardzo drażni moje 
poczucie estetyki loków. Ok.. dajmy im szansę. - pomyślałam.

Podczas schnięcia włosy nie wyglądały ładnie. Miałam wrażenie, że nie mam na nich żadnego kosmetyku. Po wyschnięciu 
loki nabrały objętości i kształtu. Były leciutkie jak piórka! Cudowności!



Powiem, szczerze, że byłam zachwycona! W końcu znalazłam, coś co sprawi, że moje włosy będą perfekcyjne. 
- Pomyślałam i skakałam z radości.

Moja radość przemieniła się w rozpacz na drugi dzień z rana. Obudziłam się z jednym wielkim puchem na głowie. 
Zero loków, sama owca! Nie mam tu akurat zdjęcia, bo byłam zbyt zajęta ratowaniem sytuacji na mojej głowie. Po 
pierwszym rozczarowaniu dałam Lus jeszcze kilka kolejnych szans na powalenie mnie swoim działaniem. Czytałam, 
że jego nakładania trzeba się nauczyć. Uczyłam się i z każdym kolejnym razem efekt był coraz gorszy.

Tu zdjęcie przedstawiające moją rozczarowaną twarz i koszmarnym bad hair dayem po Lus. Jak widać loków nie ma 
praktycznie wcale. Puch.. puch.. PUCH! :(

Na razie wracam do mojej rutyny z żelem z siemienia lnianego i Cantu. Dwa tygodnie koszmaru na głowie to zdecydowanie za 
dużo.

Podsumowując:
Lus Brands, to zdecydowanie za mało, by utrzymać moje włosy w ładnym stanie i zapewnić im ładny skręt. moje loki 
potrzebują dociążenia i nawilżenia, czego niestety nie dał mi LUS. Ten produkt raczej sprawdzi się u dziewczyn, o 
delikatnych lokach, które lubią lekkie produkty.

Od stylizatora oczekuję działania i łatwości w nakładaniu i użyciu. Nie mam ochoty czekać kilku tygodni i uczyć się go nakładać. Ma działać teraz, już, natychmiast.  

Stare przysłowie mówi:
Jak coś jest to wszystkiego, to jest do niczego! :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Alex in Curlyland , Blogger